niedziela, 3 października 2021

SENIORZY NA WAGĘ ZŁOTA

press to zoom

press to zoom

press to zoom

press to zoom
1/11

SENIORZY NA WAGĘ ZŁOTA

Poznań, Stare Miasto. Starszy człowiek, z dziwnie dużą ilością ubrań na sobie, ciągnie powoli torbę po chodniku. Turkot, bardzo wysłużonych już małych kółek, przecina poranną ciszę. Idzie wzdłuż ulicy Łąkowej. Zatrzymuje się przy bramie Jadłodajni im. Św. Elżbiety, prowadzonej przez Siostry Elżbietanki. Jest bardzo wcześnie. I choć w kuchni już słychać odgłosy codziennych przygotowań, to do otwarcia pozostało jeszcze sporo czasu. To nic. Zaczeka tutaj. I tak nie ma dokąd pójść …

W KOLEJCE

Po chwili pojawiają się następni. Podobni, z dużą ilością ubrań i tobołkami w ręku. Albo zupełnie niepodobni, w zniszczonej, brudnej odzieży i z pustymi rękami. Jeden za drugim. Kolejka rośnie z chwili na chwilę. Przed godz. 10.00 zajmuje już prawie połowę ulicy. Kim są stojący w niej ludzie? Bezdomni, zmęczeni i niewyspani, po kolejnej nocy spędzonej na prowizorycznym legowisku nad Wartą, na klatce schodowej starej kamienicy, w opuszczonym dawno pustostanie czy na ławce w parku lub na przystanku. Posłanie było twarde, ale to jeszcze można znieść. Bardziej dokucza przenikające zimno, które co chwilę wyrywa ze snu. Pomiędzy nimi stoją inni, ich ubrania wyglądają znacznie lepiej. Mają mieszkanie, spali dziś w swoim łóżku. Jeszcze było ciepło. Ściany budynku ochraniają przed chłodem nocy. Ale już wkrótce, gdy temperatury spadną, zimno będzie wdzierało się do mieszkania. Na ogrzewanie nie starczy w tym roku pieniędzy. Więc ubiorą się ciepło, i przykryją kilkoma warstwami kołder czy kocy. Jakoś przetrwają. Ważne, że jest mieszkanie. Nie można go stracić. Opłacą czynsz, bo kolejnego ostrzeżenia przed eksmisją już nie będzie. Tylko na jedzenie już nie wystarczy. Na szczęście stoją już w kolejce. Bliżej czy dalej, nieważne. Wiedzą, że na pewno nie odejdą z pustymi rękami.

Są jeszcze inni. Całkiem młodzi, wyglądają na silnych i zdolnych do pracy. Kiedy szef powiedział, że trzeba zmniejszyć liczbę pracowników, wierzyli, że to tylko na chwilę. Przecież to nie może trwać długo. Wszystko wróci do normy i odzyskają swoją posadę. Ale nie wróciło… przez tydzień, miesiąc, a potem kolejny i kolejny. Szukali gdzie indziej, nic z tego. Nigdzie nie potrzebują nowych pracowników. Pieniądze tak szybko się skończyły. Trochę im wstyd stać w tej kolejce. Spuszczają głowy, jakby chcieli się schować, żeby nikt ich tutaj nie zauważył. Zawsze potrafili zatroszczyć się o utrzymanie swoich rodzin. Choć praca bywała naprawdę ciężka, wiedzieli, że zapewniają byt swoim ukochanym. Teraz są tacy bezradni. Woleliby tu nie przychodzić. Ale cieszą się, że mają to miejsce. Jest ktoś, kto podaje pomocną dłoń, jest nadzieja. Dzisiaj nikt w ich domu nie będzie chodził głodny.

PRZEZ BRAMĘ

Wybija dziesiąta godzina. Siostra z mikrofonem w ręku kieruje się w stronę ulicy. „Szczęść Boże” wykrzykują niektórzy. Inny skłaniają głowy w geście powitanie, kolejni pozdrawiają uśmiechem. Ktoś wybiega z kolejki, aby pomóc nieść nagłośnienie. „Witajcie kochani, witamy Was w tym nowym dniu. Cieszymy się, że jesteście”. Dobrze usłyszeć takie słowa. Zazwyczaj słyszą inne. „Nic ci nie dam, żebraku jeden”, „Mógłby sobie pracę znaleźć, a nie żerować na innych”, „Porządni ludzie pracują a taki pasożyt chciałby wszystko za darmo” i tak dalej, i tak dalej… Długo można by wyliczać, i to niekoniecznie w tak cenzuralnych słowach. „W dzisiejszym fragmencie czytam, jak Pan Jezus…” słowa siostry rozbrzmiewają z głośnika. Kilka refleksji na temat Ewangelii dnia. Wszyscy stoją w ciszy, wpatrzenia gdzieś w dal, zamyśleni. Jakoś nagle czują się bardziej ludzcy. Ktoś dostrzega w nich coś więcej niż „głodnego bezdomnego”. Ktoś widzi, że mają duszę. „Pomódlmy się za naszych dobrodziejów i ofiarodawców, pomódlmy się za wolontariuszy, którzy swoją pracą nam pomagają”. Tak, jest za kogo się modlić. Jeszcze modlitwa przed posiłkiem i „Smacznego wszystkim”.

Przechodzą przez otwartą już bramę, dochodzą do okienka. Siostra wita uśmiechem. Nalewa do talerza gęstą zupę, gorąca, jeszcze paruje. Chwytają zniszczonymi, zmarzniętymi rękoma. Trzeba uważać, żeby się nie oparzyć. Dobrze, że jest taka gorąca, trochę rozgrzeje. Z talerzem i swoją porcją kanapek udają się do namiotu. Stawiają zupę na stole i zasiadają do posiłku. Kolejka się przesuwa. Podchodzą następne osoby. Wielu z nich z pogniecionych reklamówek czy przybrudzonych torb wyciąga słoiki lub plastikowe wiaderka. „Siostro, poproszę na wynos, mąż jest po operacji, leży w łóżku”, „Sąsiad jest już starszym człowiekiem, nie wychodzi z domu”, „Wnuki wrócą głodne ze szkoły”, „Kolegę z pustostanu wczoraj pobili, nie da rady przyjść”… Siostry podają jedzenie kolejnym osobom, talerz za talerzem, słoik za słoikiem. Jedna porcja, druga, dziesiąta, setna… . Kolejka wcale nie maleje. Dochodzą nowe osoby. Chochla pracuje nieustannie. Siostry wydają 400 – 500 porcji dziennie. 300 – litrowy kocioł zupy opróżnia się do ostatniej łyżki.

POMOCNICY

Kilka godzin wcześniej, gdy na zewnątrz leniwie formowała się kolejka, w kuchni już praca wrzała w pełni. Kucharz ogromnym wiosłem mieszał składniki w rozgrzewającym się kotle. Zupa musi zdążyć się ugotować. Ale to za mało. Trzeba już myśleć o kolejnym dniu. W pomieszczeniu obok czekają już kilogramy warzyw do obrania i pokrojenia. To potrwa, pracy jest naprawdę dużo. Sióstr jest zaledwie kilka. Biegają teraz przygotowując wszystko do otwarcia Jadłodajni. Nie zdążą zająć się warzywami, a bez nich nie będzie gorącego posiłku na jutro. Na szczęście nie muszą. Przy stołach, z nożami w dłoniach, przy miskach i deskach siedzą „anioły”, które zesłała Boża Opatrzność. Bóg sam zatroszczył się o swoje dzieło. Kim są cisi pomocnicy?

Maleńka grupa Seniorów każdego ranka przychodzi do Jadłodajni. Przez kilka godzin obierają, kroją, przygotowują ogromne garnki warzyw na następny dzień. Nie zrażają się wczesną godziną, brzydką pogodą czy własnym zmęczeniem. Zamiast zaznawać w życiu odpoczynku, na który przecież tak bardzo sobie zasłużyli, oni poświęcają swój czas, poświęcają swoje siły, by pomagać innym. Ich praca jest na wagę złota. Funkcjonowania Jadłodajni w ogóle nie można sobie wyobrazić bez ich posługi. Dzięki ich zaangażowaniu i oddaniu każda ze stojących w kolejce osób ma pewność, że nie odejdzie z Łąkowej głodna. Cichą, codzienną pracą dokonują naprawdę wielkiego dzieła. Pomagają przetrwać tym, którzy znaleźli się w trudnym momencie swojego życia, stanąć na nogi tym, którzy już tracili siły, odzyskać ufność tym, w których sercach już umierała nadzieja. Z pewnością Pan Bóg z wielką miłością i radością patrzy na ich otwarte serca, tak wrażliwe na cierpienie drugiego człowieka.

BEZINTERESOWNOŚĆ

Jak mówią sami Seniorzy w Jadłodajni nie tylko dają coś z siebie, ale i wiele otrzymują. „Przychodzę codziennie do Jadłodajni, prowadzonej przez Siostry Elżbietanki, by pomagać w kuchni” – mówi p. Janina. „Praca jest prosta, ale trzeba czasu, by ją wykonać. Razem z kilkoma paniami i jednym panem obieramy i kroimy warzywa i ziemniaki oraz mięso i wędliny, potrzebne do ugotowania wielkiego kotła zupy. Mój czas, bezinteresownie poświęcony drugiemu człowiekowi, jest dla mnie wielkim darem. Mobilizuje do aktywności, systematyczności i dobrego organizowania sobie dnia. Mimo nie młodego wieku czuję się nadal potrzebna, nie tylko nieznanym mi ludziom, którzy przychodzą do Jadłodajni po pomoc, ale i siostrom, w których sąsiedztwie mieszkam i żyję. Widzę więc ich zaangażowanie, pracę, pomoc - z radością niesioną bliźniemu - nie tylko dla ciała ale i dla ducha. Czuję potrzebę, ale i satysfakcję, że mogę się włączyć w to dzieło. Zachęcam innych, by również spróbowali. Pamiętajmy, że najmniejsza pomoc więcej znaczy niż największe chęci.”

Siostry Elżbietanki także zachęcają wszystkich Seniorów, którzy czują potrzebę i mają możliwości, by włączyć się w to piękne dzieło. Praca każdego Seniora naprawdę jest na wagę złota.
Z siostrami można kontaktować się bezpośrednio, przychodząc do Jadłodajni im. św. Elżbiety przy ul. Łąkowej 4 w Poznaniu lub dzwoniąc pod numer telefonu 503 796 416.

s. Małgorzata Kobierska CSSE