s. M. Włodzimira Wojtczak 1909 - 1943
Świadectwo ks. bp Jana Wojtkowskiego

Lata 1937 – 1939. Gotycki kościół Bożego Ciała, ufundowany przez Jadwigę i Jagiełłę na łęgach nadwarciańskich w miejscu odnalezienia Hostii wykradzionych z kościoła farnego, ciętych nożami na ulicy żydowskiej. Przy kościele klasztor pokarmelicki, wyprocesowany od policji. Szkoła policyjna przeniesiona do innego pomieszczenia. Z ulic znikli elewi w granatowych mundurach. Izba zatrzymań prowadzona przez policjantki w gmachu poklasztornym również szczęśliwie przeniesiona. Z ulic znikły panie w granatowych mundurach, czarnych butach sznurowanych do kolan, trzymające za kieszeń małych obdarciuchów.

Ksiądz prałat Leon Rankowski, odzyskawszy wzrok po udanym zdjęciu katarakty, patrzący na świat przez grube szkła, organizuje w pomieszczeniach dawnej izby zatrzymań ochronkę z dożywianiem dla dzieci ubogich i bezrobotnych. Dwie sklepione sale w przyziemiu, jedna z piecem kuchennym i stolikami służy zarazem za kuchnię i jadalnię, druga z zabawkami przeznaczona jest na zajęcia z dziećmi. W kuchni świecka pani, pewnie też bezrobotna, w Sali zabaw i nad całością – siostra Włodzimira, szczupła, młoda, jeszcze młodziej wyglądająca w swym czarnym szewiotowym habicie, szarobrązowym welonie, aureoli białego kornetu dookoła twarzy delikatnej.

Ochronka jest subwencjonowana przez Wydział Opieki Społecznej Magistratu Miasta Poznania. Po miesięczne subwencje w wysokości ponad stu złotych chodzi do pana Drobnika opiekunka ochronki, prezeska Katolickiego Stowarzyszenia Kobiet w Parafii Bożego Ciała, Filonia Maria Wojtkowska, matka czworga dzieci w wieku od czterech do dwunastu lat. Jej mąż, docent Andrzej Wojtkowski, dyrektor Biblioteki Raczyńskich, w tym czasie z prezesa Katolickiego Stowarzyszenia Mężów w parafii Bożego Ciała przeszedł na stanowisko prezesa Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej Archidiecezji Gnieźnieńskiej i Poznańskiej. Odchodząc z Akcji Katolickiej parafialnej na szczebel archidiecezjalny otrzymał na pamiątką mszał pełny, łacińsko-polski w wydaniu benedyktynów belgijskich, ukochany modlitewnik rodzinny w domu, w obozie na Głównej, na wygnaniu, po wojnie na KUL-u. wydostanie miesięcznej subwencji wymagało stanowczości, obrony przed skłonnościami do jej obcinania. Uzyskane pieniądze trzeba było zanieść siostrze Włodzimirze, przyjmującej pomoc z ogromną wdzięcznością, choć tak bardzo się przecież należała.

Dzieci rodzin bezrobotnych i ubogich oprócz dożywiania wymagał badania lekarskiego. Opiekunka ochronki poprosiła o pomoc zaprzyjaźnioną lekarkę, panią dr Marię Ganke-Nowakową, żonę pułkownika piechoty Alojzego Nowaka, stojącego wówczas z pułkiem w Łomży, późniejszego bohaterskiego obrońcy przedpola twierdzy Modlin, który przed bohaterską śmiercią na polu chwały mawiał do kapelana: „Księże! Mnie nie będzie i Księdza nie będzie. Ale Polska będzie!” Lekarka głęboko religijna, co pierwszy piątek przystępująca we własnej parafii Bożego Ciała do spowiedzi i Komunii świętej wraz z dwoma synami, obecnie lekarzami, wtedy chłopcami 9- i 10-letnimi, zgodziła się. „Nagrodą” badania była dziewczyneczka z sercem z prawej strony. Pani doktor umiejąca się zachwycić, nie posiadała się z radości. Osłuchiwała serduszko bijące po prawej tronie szczęśliwa, że po raz pierwszy w życiu spotkała to, o czym mówiono jej na studiach medycznych w Krakowie i Wrocławiu.

Siostra Włodzimira dbała o pobyt dzieci na świeżym powietrzu. Uzyskała zgodę towarzystwa gimnastycznego „Sokół” na korzystanie z boiska, połażonego u zbiegu plant i Drogi Dębińskiej, w prostej linii nie dalej niż 100 m od ochronki położonego. Było ono ogrodzone płotem z wysokich desek, na zewnątrz bieżni miało dużo trawy, w razie deszczu schronieniem służyła drewniana trybuna. Rodzice podarowali siostrze Włodzimirze dla ochronki wózek czterokołowy z dyszlem i drabinkami. Do wózka siostra Włodzimira ładowała żywność, kilkoro mniejszych lub bardziej osłabionych dzieci, starsze i silniejsze ciągnęły za dyszel i popychały, reszta szła parami ulicą Łąkową, Strzelecką do ćwiczni „Sokoła”.

Na Boże Narodzenie dzieci z ochronki miały otrzymać dary zebrane w parafii. Segregowanie darów odbywało się jednego roku w mieszkaniu opiekunki ochronki. Siostra Włodzimira dowiedziawszy się, że w sąsiednim pokoju leży jej 11-letni syn w uporczywie utrzymującym się stanie podgorączkowym, przyszła z zabawkami, którymi mama pozwoliła chwilę się pobawić. Praca przy segregowaniu i pakowaniu przedłużyła się. Siostra Włodzimira nie zdążyła na kolację, czym się wcale nie zmartwiła. „Jest nas tyle dzieci, że nie zauważą”. Rzeczywiście sióstr elżbietanek w domu na Łąkowej było tyle, że musiały jeść posiłki w dwu grupach. Współsiostry z pierwszej grupy myślały, że przyjdzie do drugiej grupy, natomiast z drugiej grupy myślały, że zjadła razem z grupą pierwszą. Słowa „Jest nas tyle dzieci” uderzyły już wówczas: siostra Włodzimira czuje się w zakonie jak dziecko w rodzinie.

Przyszedł rok 1939. Na dachu szpitala sióstr elżbietanek na Łąkowej pojawił się duży krzyż. Pierwszego dnia wojny spadły pierwsze bomby, wycelowane w szkoły przepełnione zmobilizowanymi żołnierzami. Bomby przeznaczone dla niemieckiego gimnazjum im. Fryderyka Schillera okazały się niecelne. Zniosło je ku północy, podobnie jak bombę wycelowaną w szkołę mierniczą. Wszystkie eksplodowały. Ta zrzucona na szkołę mierniczą rozbiła kamienicę na Rybakach, zabijając i raniąc ludzi. Rzucane na gimnazjum Schillera padły: jedna przy ochronce, naruszając masywny narożnik klasztoru pokarmelickiego, druga rozbiła piękne ogrodzenie wystawione przy kościele Bożego Ciała w Jubileuszowym Roku 1933, naruszając mury zakrystii. Strat w ludziach tutaj nie było. Bombowce zrzucały bomby z wysokości 4000 m, przy pięknej słonecznej pogodzie. Pod bombę, która rozbiła ogrodzenie przy zakrystii omal nie dostała się opiekunka ochronki udająca się po „tampony przeciwgazowe” do szkoły powszechnej przy moście św. Rocha, ale czegoś w ostatniej chwili zapomniała, chyba pieniędzy, i zawróciła do domu, gdzie zatrzymał ją alarm.

Po wkroczeniu wojsk niemieckich w pośpiechu zaczęto przywracać niemieckie tablice z nazwami ulic, wypisanymi gotykiem, skrzętnie przechowane przez Niemców od chwili odzyskania przez Polskę w 1918r. niepodległości. Przed gmachami użyteczności publicznej stanęły warty w stalowych hełmach. Z chwilą przejścia władzy w ręce Gestapo, rozpoczął się terror. Opiekunka ochronki 8 listopada 1939 roku z mężem i czworgiem dzieci dostała się do obozu na Głównej, skąd 30 listopada 1939 roku została wywieziona pierwszym transportem do Ostrowca Świętokrzyskiego, stanowiącego pierwszy etap wygnania. Wiadomości o losach sióstr elżbietanek docierały z opóźnieniem. Dopiero po zakończeniu wojny dotarła wiadomość o przedwczesnej śmierci siostry Włodzimiry, budząc wielki żal i utrwalając pełną czci pamięć o jej niezwykłej prostocie i dobroci: „To było dobre dziecko”.

Świadectwo Ks Zbigniewa Pawlaka - siostrzeniec

Z mego życia pamiętam tylko dwa spotkania z moją ciocią. Pierwsze w Poznaniu na Łąkowej 4. Miałem wtedy około trzech lat. Pamiętam tylko jej miłość do mnie i radość na jej twarzy. Pamiętam też, że zaprowadziła mnie do kaplicy i tam graliśmy na fisharmonii. Drugie spotkanie było w roku 1939 lub 1938. To było na wakacjach w Ostrowie. Mogę powiedzieć jedynie to, że była bardzo wesoła, szczęśliwa.

 

W listach dużo pisało o Bogu, o ufności w Nim. W czasie wojny, podczas jej pobytu w Ostrowie, pisała o rodzicach, zwłaszcza o matce. Czytałem jej pamiętnik. Napisała go dla swojej matki, aby po śmierci mógł być dla niej pociechą zza grobu. Nie pamiętam szczegółów, tylko ogólny klimat tego pamiętnika. Był wyznaniem miłości do Jezusa Chrystusa. Wiedziała, że musi umrzeć. Autentycznie cieszyła się „na spotkanie z Jezusem”. Pragnęła umrzeć w latach Chrystusowych. Pocieszała swoją matkę, żeby nie martwiła się, bo ona się cieszy i stamtąd modlić się będzie. Przepowiedziała swoją śmierć. Pod datą 19 lutego 1943 jest mniej więcej taka notatka: „Jutro kończę 34 lata. Jutro pójdę do mojego Jezusa. O jakże bardzo jestem szczęśliwa. Mamo, nie Martw się mną. Ja zawsze będę z wami”.

Poznałem później księdza A. Czwojdę, który w czasie okupacji przez jakiś czas utrzymywał z nią kontakty. Ks. A. Czwojda (nie żyjący już dziś) był przekonany o jej świętości. Jako kleryk odwiedzałem dom sióstr elżbietanek na Zdunowskiej w Ostrowie. Zaprzyjaźniłem się z s. M. Benodyną. Jej opinia o s. M. Włodzimirze była raczej pejoratywna: „księdza ciocia – mówiła – była melancholiczką ze skłonnościami do egzaltacji. To nie była zdrowa pobożność”.

Maja mama wspomina nie żyjącą już sąsiadkę p. Przygodę, która uważała moją ciocię za osobę nadzwyczajną. Pani Przygodowa była spolonizowaną Niemką. Kiedy więc Niemcy zabrali jej męża na front rosyjski, „siostra Włodzimira – wspomina pani Przygodowa – przychodziła mnie odwiedzić. Pocieszała mnie bardzo. Mówiła: niech pani nie płacze. Je się będę dużo modlić. Siostra serce miała dobre.” Nie żyjąca już krewna, Weronika Demska, mawiała po śmierci s. M. Włodzimiry: „Ona jest świętą. Ja się do Czesinki modlę i ona zawsze nie wysłuchuje”.

Niestety ślady się rwą. Osoby, które ją znały, prawie wszystkie nie żyją. Jej rodzona siostra niewiele potrafi powiedzieć (jej wypowiedź zamieściłem w życiorysie domowym). Mój brat i siostra nie pamiętają jej. Nie ma także rzeczowych pamiątek rodzinnych. Może to wszystko dlatego, żeby spełniła się jej wola zapisana w pamiętniku: „Chciała być zapomniana przez ludzi”.

Antonina - siostrzenica

Z opowiadań rodziców wiem, że ciocia Czesia widziała mnie, gdy miałam roczek. Nie mogę więc pamiętać cioci, ale znam ją ze zdjęć i z opowiadań rodziców i dziadków. Pozostała jednak w mojej pamięci jako osoba bardzo nas kochająca. Wynikało to z częstych listów, które przysyłała do nas mieszkających w Lublinie. Były pełne ciepła i miłości i kończyły zawsze zapewnieniem o modlitewnej pamięci i słowami „kochająca Was w Bogu siostra, szwagierka i ciocia”. Przesyłała także listy specjalne do nas dzieci, które pisane były wierszem. Na miesiąc przed swoją śmiercią przysłała do mnie piękną kartkę, w której pisała: „Niech Tolka do mnie przyjedzie to ją ciocia poczęstuje cukierkami”. Pocztówkę tę przechowuję po dzień dzisiejszy i stanowi dla mnie cenną pamiątkę po cioci. W moich wspomnieniach utrwaliły się dwa wydarzenia. Pierwsze to opowiadanie moich rodziców, że ciocia oddała swoje ciepłe zimowe rękawiczki biednej osobie, a sama zmarzniętymi rękami witała się z rodzicami, którzy odwiedzili ją w okresie zimowym w Poznaniu. Drugie wydarzenie, które przeżyłam jako sześcioletnia dziewczynka był dniem, w którym moi rodzice otrzymali od dziadków telegram informujący nas o śmierci cioci Czesi. Rodzice postanowili, że na pogrzeb cioci mama zabierze mnie ze sobą do Ostrowa. Ponieważ Lublin należał do Generalnej Guberni należało mieć zezwolenie władz okupacyjnych na wyjazd do Rzeszy. W dniu w którym miałyśmy wyjeżdżać na pogrzeb do Ostrowa mama poszła z samego rana odebrać zezwolenie na wyjazd. Po godzinie mama wróciła zapłakana i powiedziała do mnie: „córeczko nie pojedziemy do Ostrowa, nie dostałam zezwolenia na wjazd” i cały dzień mocno płakała. Żal mi było wtedy mojej mamy i żal, że nie pojedziemy na pogrzeb i odwiedzić przy okazji dziadków. Ja mocno wierzę, że ciocia Czesia tak jak za swego życia polecała nas zawsze Bogu w modlitwie tak i teraz wstawia się za nami w niebie. Jej wstawiennictwa doznałam w wysłuchanej osobistej prośbie o którą się do niej zwracałam.

Siostra Cecyliana

Rodzinę Wojtczaków poznałam w Ostrowie. W lipcu 1934 roku byłam u nich z siostrą Włodzimirą na wakacjach. Wojtczakowie mieszkali w Ostro­wie przy ulicy Stare Targowisko nr 5 na pierwszym piętrze, zajmowali tu­taj obszerne mieszkanie. Z Poznania zajechałyśmy z s. Włodzimirą w go­dzinach przedpołudniowych, weszłyśmy do domu wejściem frontowym. Na dzwonek wyszła pani domu, matka s. Włodzimiry i wprowadziła nas do pokoju stołowego. Powitanie było bardzo serdeczne. Cały dom został poru­szony. „Zawołam zaraz dzieci, bawią się na podwórzu" — mówiła matka. Z okna pokoju rzeczywiście można było je zobaczyć, były bardzo zaintere­sowane swoją zabawą, ale na wołanie swej babuni zaraz porzuciły zabawę i biegły do domu. Byli to synowie starszej córki Wojtczaków, Marii Pawlakowej. S. Włodzimira woła do matki: „Mamo, my się schowamy, a niech oni nas szukają". Po krótkiej chwili już słychać było z daleka szczebiot zbli­żających się dzieci. Starszy — Zbigniew — był chrześniakiem s. Włodzi­miry, która jako postulantka trzymała go do chrztu św. Uzyskała w tym celu wyjątkowo pozwolenie wyższej władzy zakonnej. Ówczesna mistrzyni, matka Stylita Karczyńska, kierując prośbę do przełożonej prowincjalnej, M. Stanisławy Dankowskiej, dodała: „Matko, chciejmy ten wyjątek uczynić, bo może to dziecko księdzem zostanie". Słowa te sprawdziły się: ksiądz Zbigniew Pawlak urodzony 13 czerwca 1932 roku otrzymał święcenia kapłań­skie 30 maja 1957. Możemy przypuszczać, że s. Włodzimira swoją modlitwą i ofiarą przyczyniła się do tego, że Bóg obdarzył małego Zbyszka łaską po­wołania kapłańskiego.

Dzieci nieśmiało weszły do pokoju, a babcia mówiła: „Szukajcie, szukaj­cie, ktoś do nas przyjechał". Chłopcy chodzą po pokoju i z ciekawością za­glądają do zakątków. Naraz za szafą zauważyli s. Włodzimirę, która wycią­gnęła do nich ramiona. Oni nieco onieśmieleni wpatrywali się dużymi ocza­mi, pozwolili jednak na serdeczny uścisk. Bardzo efektowne były ich far­tuszki na szelkach z dużą kieszenią, na której naszyty był obrazek koloro­wej aplikacji. Każdą sytuację życia s. Włodzimira umiała nastawić na radosny ton i dzie­ciom teraz dała możność głębiej przeżyć tę chwilę powitania. Nawiązuje miłą rozmowę i wywołuje całe kaskady śmiechu. W takiej radosnej atmo­sferze kształtowała się też osobowość s. Włodzimiry. Promienna radość pa­nowała w ich domu. Rodzice byli religijni i w takim duchu wychowywali swoje dzieci. Żądali od nich jednak sumiennej pracy.

Ostrów Wlkp. to piękne miasto o ożywionym ruchu handlowym. Szkoły są na wysokim poziomie, życie kulturalne rozwinięte. To wszystko wpłynęło dodatnio na rozwój umysłowy Czesi. W Ostrowie mamy ogromną liczbę po* wołań kapłańskich. Na karcie historii miasta widnieje szereg nazwisk lu­dzi o wybitnych wartościach, którzy zapisali się chlubnie w pracy społecz­nej czy duszpasterskiej. Tutaj był więziony arcybiskup Ledóchowski w czasie kulturkampfu do 2lutego 1874 roku do 2 lutego 1876r. Z Ostrowa pochodził i tutaj kończył gimnazjum ks. Kardynał Edmund Dalbor. Tu od 27 listopada 1922 do 3 grudnia 1928r. był duszpasterzem sługa Boży ks. Kazimierz Rolewski.

Potęga ducha wielkich ludzi jest jakby zasiewem owocnym dla dalszych pokoleń w tej parafii. Tutaj też mała Czesia uczyła się żyć według Ewangelii. Umiała wniknąć i przeżywać głęboko każdy okres roku liturgicznego. Od wczesnego wieku z ufnością zbliżała się do Bożego Dzieciątka. Później, nawet w życiu zakonnym, umiała długie chwile spędzać przy żłóbku, urzeczona ubóstwem, w jakim rodzi się Bóg-Człowiek. Dziecięca prostota i bezpośredni, szczery stosunek do  otoczenia był szczególnie miłym rysem jej charakteru, toteż lubiana była przez wszystkich. Nie stroniła od towarzystwa, owszem czynna była i udzielała się w kołach kulturalnych czy oświatowych. Należała również do Stowarzyszenia Młodych Polek. Ojciec i matka cieszyli się powodzeniem swej córki i snuli jak najlepsze plany na przyszłość.

Nadszedł dzień smutku i doświadczenia. W rodzinie Wojtczaków ojciec Czesi zachorował. Stan jego był poważny, nieomal beznadziejny. Chory tracił przytomność. Rodzina modliła się o zdrowie mocno była zaniepokojona. Nadeszła wigilia Bożego Narodzenia. Wszyscy zebrani u łoża chorego oczekują pomocy Bożej. Zbliżyła się północ i Czesia wychodzi do kościoła. W przepełnionej świątyni wmieszana w tłum klęka w pokorze, prosi Boga o zdrowie dla swego ukochanego ojca. Rozbrzmiewają organy. Jarzą się rzęsiste światła. Płyną nastrojowe melodie kolęd. Czesia rozmodlona zbliża się do ołtarza, przyjmuje Komunię św. Teraz słyszy wyraźny głos duszy: „Ofiaruj mi siebie, ofiaruj mi całą siebie”. – Z rozkrzyżowanymi rękami rzuca się na posadzkę. Dusza jej korzy się w prochu. Słyszy w prawdzie rozbrzmiewającą melodię W żłobie leży, Bóg się rodzi, ale wewnętrzny głos nieustannie woła: „Ofiaruj mi sienie”. Ludzie opuszczają już świątynię, ona nie podnosi się, jest tratowana, deptana, ale odpowiada na głos Boży. Gotowa jest na ofiarę, prosi tylko: „Jezu prowadź mnie”. – fakt wyżej opisany wzięłam z bezpośredniego zwierzenia s. Włodzimiry.

Gdy Czesia powróciła do domu, cicho podeszła do łoża chorego, ucałowała ręce drogiego swego ojca z tym mocnym postanowieniem: „Nie, nie cofnę swej ofiary”. Nikomu nie zdradziła swego postanowienia. Chory odzyskał przytomność, z każdą godziną stan zdrowia się poprawiał, po niewielu dniach powrócił do zdrowia. Po ukończeniu liceum w Ostrowie Czesia prosi ojca i matkę o błogosławieństwo, ujawnia swoje pragnienie – chce wstąpić do Karmelu. Jak grom z jasnego nieba spadł ten cios na biednych rodziców. Rozpoczyna się konflikt, sypią się wymówki. Prośbą i groźbą próbuje się odwieść Czesię od powziętego „nierozsądnego” zamiaru. Wysiłki rodziców nie dawały żadnego rezultatu. Matka próbuje córkę wprowadzić w szerokie koła towarzyskie, ale ona tym bardziej szuka odosobnienia i samotności. Ojciec, widząc w niej stanowczą postawę, milczał, ale matka toczyła bój wytrwały. I w czasie jednego takiego ataku, w głębokiej rozterce, wyrwało się matce takie zdanie: „Gdybyś jeszcze poszła do Elżbietanek, ale do Karmelu – dziecko wybij to sobie z głowy!” Tych słów uczepiła się teraz Czesia: „żeby choć do Elżbietanek…” – i już układa plany.

Musi wykorzystać jakąś nadarzającą się okazję na wyjazd do Poznania. I stało się. Z ramienia Stowarzyszenia Młodych Polek otrzymała delegację, musiała stawić się któregoś dnia w Poznaniu. Matkę ogarnął nieokreślony lęk, ale pozwoliła jej jechać. Czesia żegna się serdecznie z rodzicami i wychodzi z domu. Wtedy słyszy, jak okno na pierwszym piętrze ostro się otwiera i głos matki woła: „Pamiętaj, Czesiu, żebyś się nie zgłaszała do ja­kiegoś klasztoru,\ Matka patrzała jeszcze za oddalającą się córką i groziła ręką, powtarzała: „Pamiętaj, pamiętaj", dopóki nie zniknęła na zakręcie uli­cy. Stroskana matka ostrzegała swą córkę, a ona rzeczywiście jechała już z gotowym planem i mocnym postanowieniem. Gdy Czesia znalazła się w Poznaniu, z dworca wprost udała się na ulicę Łąkową. Tutaj przedstawiła się osobiście przełożonej prowincjalnej sióstr elżbietanek, matce Stanisławie Dankowskiej, poprosiła o przyjęcie do klasz­toru i ustalony został dzień, w którym opuścić miała dom rodzinny.

Bardzo różne są drogi, którymi Bóg prowadzi swoje dzieci przez życie Ażeby dojść do upragnionego powołania, trzeba nieraz wiele trudności prze­zwyciężyć. Osobę, która wytrwale idzie naprzód, która umie wszystkie barykady pokonać, można już odznaczyć orderem zasługi. Czesia idzie przez życie wytrwale, współpracując z łaską Bożą i z ufnością oddaje się Bożej Miłości. Habit zakonny przyjmuje dnia 27 lipca 1933 roku, otrzymując imię Maria Włodzimira. Pierwszą profesję złożyła 28 lipca 1934 roku, śluby wie­czyste 28 sierpnia 1939 roku.

Tragedia drugiej wojny światowej i kataklizmy dziejowe wywołują wiel­kie przemiany w życiu ludzi uciemiężonych przez okupanta. Siostra Włodzi­mira znalazła się znów w domu rodzinnym w Ostrowie. W roku 1941 matka chcąc uchronić swą córkę przed wywiezieniem do obozu zabrała ją do do­mu. Warunki okupacyjne zniewoliły s. Włodzimirę do zmiany stroju za­konnego na świecki. W podobnej sytuacji zresztą znalazły się wszystkie siostry zakonne w mieście.

Wielką troskliwością otoczona była s. Włodzimira w domu rodzinnym, a jednak całą duszą pragnęła być z nami w obozie, czuła, że tam jest jej miejsce. Pisywała do nas listy wyrażając swój żal, że musi być od nas od­osobniona. Powtarzała w korespondencji takie zdanie: „Mam nadzieję, że jako członek Rodziny Zakonnej św. Elżbiety mogę współuczestniczyć w ła­skach, z których korzysta całe zgromadzenie, oraz z zasług, które są zaskar­biane przez cierpienie sióstr w obozie."

Wojtczakowie byli zadowoleni z obrotu sprawy, że dało się uchronić ich córkę przed wywiezieniem jej do obozu. Niebawem smutkiem miał się znów okryć ich dom przy ulicy Starotargowej. Rodzice nie zdawali sobie sprawy, że organizm ich córki opanowany był gruźlicą płuc. Wszelkie usiłowania, by ukryć to przed sąsiadami Niemcami, okazały się bezskuteczne. S. Włodzi­mirę umieszczono w domu starców przy ulicy Zdunowskiej. Rozpoczął się dla s. Włodzimiry ostatni, najcięższy i najbardziej trudny etap życia ziemskie­go, znany w szczegółach tylko Bogu. W dniu pierwszej profesji zakonnej prosiła Pana Jezusa o łaskę, by mogła umrzeć jak On, zapomniana i wzgar­dzona. I stało się tak.

Ilość odwiedzin:

©2020 WEBMASTER: bialkamaciej@gmail.com